wtorek, 29 maja 2012

Kwestia kultury

Na pewno każdy z nas przyzna, że rodzice starali się wychować ją/jego na osobę kulturalną. Taką, która będzie się umiała zachować w społecznie właściwy sposób w danych okolicznościach.
Każdy wie, choć nie zawsze chce, że wypada przepuścić kobietę przodem, ale już nie każdy pamięta złotą zasadę, że najpierw się wychodzi (z pomieszczenia, pojazdu), a dopiero potem wchodzi do środka. Niestety użytkownikom komunikacji miejskiej amnezja daje się we znaki i tłum napierających wsiadających powoduje, że ciężko jest opuścić pojazd i zrobić im tym samym miejsce... Jest jeszcze kwestia uprzywilejowania niektórych pasażerów, o której też usilnie staramy się nie pamiętać, mimo iż rodzice wbijali nam ją do głów. 

Ustąp miejsca.

Ja rozumiem, że aroganckie baby z siatami zrażają pasażerów do kulturalnego zachowania... ale szkoda, że dobre maniery tak szybko odchodzą do lamusa. Naprawdę warto czasem ustąpić osobie starszej, niepełnosprawnej, rodzicowi z dzieckiem, a przede wszystkim ciężarnej kobiecie. Czasami bywa też, że młoda osoba wyraźnie czuje się słabo i wówczas też warto okazać człowieczeństwo. W Brukselskim metrze widziałam kiedyś bardzo fajną kampanię społeczną. Na plakatach były zdjęcia małpoludów siedzących w metrze, wiszących na drążkach, rozpychających się i awanturujących. Na każdym plakacie pojawiała się też zwyczajna ludzka postać, albo staruszka opierającego się na lasce, albo kobiety w zaawansowanej ciąży i podpis "bądź człowiekiem, pozwól mi usiąść". Podobała mi się ta kampania. Przydałaby się taka u nas, żeby przypomnieć społeczeństwu o dobrych manierach.
Owszem, piszę o tym bo sama jestem w ciąży i mam czasami przyjemność zająć miejsce siedzące dzięki uprzejmości innych pasażerów. Z całego serca dziękuję tym miłym ludziom. Co ciekawe są to głównie kobiety w średnim i starszym wieku. One same prawdopodobnie są matkami, czasem i babciami już i wiedzą jak kiepsko jest stać w ścisku i duchocie po całym dniu w pracy gdy brzuszek robi się coraz większy. Jak dotąd raz ustąpił mi miejsca mężczyzna, pan koło pięćdziesiątki. Młodzi ludzi z całych sił starają się nie widzieć takich sytuacji, dosłownie zamykają oczy i nie problemu.W takich chwilach, gdy muszę stać w tłoku, naprawdę staram się osłonić moje maleństwo jak tylko się da, żeby nikt go nie trącał. Raz zdarzyło mi się powiedzieć głośno "przepraszam, ale jestem w ciąży, proszę mnie nie zgniatać". Pomogło, zrobiło się luźniej, ale miejsca nikt nie ustąpił, bo przecież tego nie zażądałam. Szkoda, że wszystko trzeba artykułować tak dokładnie, że zanikają dobre maniery. Ja nie jestem typem awanturniczki, nie dopraszam się o miejsce, choć powinnam. Korzystam z uprzejmości z chęcią, ale niezręcznie mi ją wymuszać. Jestem zbyt dobrze wychowana.

czwartek, 24 maja 2012

Brzuchem do góry.

Kocham spać. Zawsze byłam nocnym markiem i lubiłam pospać sobie do południa. Brzuszek jednak wszystko zmienił. Pewnie to taka cudowna metoda Matki Natury do przestawienia mnie na inne, macierzyńskie, tory. Powoli przestawiam się na całodobową gotowość do opieki nad maluszkiem. Tak myślę. No bo od kiedy jestem w ciąży zrywam się o poranku. Najpierw było to spowodowane pęcherzem, ale potem jakoś tak zostało i budzę się o wiele wcześniej niż kiedykolwiek. Choć nie łapie już popołudniowa senność i jestem w stanie funkcjonować do późna, to ze spaniem niestety mam kłopot.
Brzuszek zmienia nie tylko sylwetkę, ale też nawyki i przyzwyczajenia. Nie mogę już spać na brzuchu, tak jak zawsze lubiłam. I nie chodzi tu o obawy, że zgniotę maluszka, bynajmniej, bo wiem, że jest bezpieczny. Po prostu mi nie wygodnie. Plecy zaczęły mi się dawać we znaki, a spanie na boku, owszem jest u mnie normalne, ale ile można? I tak kolejny raz wylądowałam brzuchem do góry :) Wiem, że nie jest to najlepsze dla kręgosłupa, ale puki brzuszek nie jest jeszcze wielki, to jest to bardzo wygodna opcja.
Tak więc relaksujemy się z brzuchem do góry! Szkoda tylko, że nie można pospać na zapas (i dłużej).

Maleństwo 

poniedziałek, 21 maja 2012

Z czym to się je

Dzidziuś w drodze, cieszę się ja, cieszy się eR (zwany przez pana doktora "sprawcą"). Wszystko pięknie, wszystko fajnie, ale z czym to się je???
Na początku ciąży byłam tyleż zszokowana (tym, że udało się w zasadzie od razu, decyzja, akcja i już, baby on board) ile skołowana... Jejku i co teraz?!? Ja nic nie wiem o rozwoju dziecka, o tych ciążowych sprawach, kiedy wykształca się mózg, a kiedy serce, rączki, nóżki, czy paluszki. Poród to dla mnie wyższa forma abstrakcji, jakiś chory miks science fiction i horroru typu "Piła". Nie, nie, nie o tym na razie nie będę myślała. Zresztą bez znieczulenia nie ma mowy. I Sprawcy u boku. Niech męczy się ze mną. No a już o pielęgnacji niemowlęcia to zupełnie nie mam pojęcia, nawet teraz nie wybiegłabym myślami tak daleko gdyby nie świadomość, że to już niemal połowa ciąży... No i??? Panika???
Eeee, nieee. Tak sobie myślę, że powolutku to ogarniemy, jak ten brzuszek. Po pierwsze wiem już kiedy co dziecku się kształtuje, wiem, że jest bardzo zindywidualizowanym człowieczkiem i ma nawet własne linie palilarne już.  A tętno oglądałam na wczesnym usg w 6 tygodniu ciąży i widoku bijącego serduszka na monitorze nie zapomnę do końca życia. CUD. Magia. Coś niewyobrażalnie pięknego. Jakoś mimochodem ogarnęłam kwestię trymestrów, tygodni i miesięcy. Samo mi to do głowy wchodzi. Czytam sobie moją ciążową "biblię", czyli genialne "W oczekiwaniu na dziecko" i wiem co i jak. Natomiast nieocenioną skarbnicą wiedzy poza książkowej jest dla mnie Errigal, która jako matka dwóch córeczek jest kimś więcej niż ekspertem. Powoli wprowadza mnie w świat mam, podpowiada co przygotować na wyprawkę, jakie kosmetyki i środki czystości dla mnie, jakie dla maleństwa. Radzi w kwestii wózków, waninek, ba nawet nie wiedziałam, że są szczoteczki do zębów dla bezzębnych niemowlaków. Rozkoszne to.
Owszem miewam chwile, gdy ilość rzeczy jakie trzeba zgromadzić w ciągu najbliższych miesięcy przyprawia mnie o dosłowny ból głowy... Nie mogę się jednak doczekać aż zaczniemy zbierać wyprawkę. Wtedy wszystko się poukłada, tak jak z ciążą. Jednak najpierw chcemy poznać płeć.

Mama - twórczość własna (by myself)
Może dowiem się w Dzień Matki, czy to córeczka, czy synek. Już sama nie wiem kogo bym wolała, najlepiej obydwoje, ale to nie bliźniaki, więc takiej opcji nie ma :)
Jutro dowiem się więcej na temat szkoły rodzenia, bo już czas zainteresować się tą sprawą.


Brzuszek towarzyski.


Wiele razy słyszałam i czytałam o tym, że kobiety w ciąży czują się odcięte od świata. Rosnący brzuszek staje się powodem alienacji, znajomi się od nich odsuwają, nie są tak aktywne zawodowo i towarzysko jak przed ciążą. Bywa, że przyszłe mamy stają się monotematyczne i poza melństwem które noszą w sobie nie interesuje ich żaden inny temat. Czasami jest to spowodowane komplikacjami zdrowotnymi, które przykuwają mamę do łóżka, czy nawet zamykają w szpitalu. Wówczas faktycznie musi być ciężko zachować optymizm i chęć do spotkań z rodziną, czy znajomymi. Nieco mnie te ponure wizje martwiły, gdyż towarzyskie ze mnie zwierze. Smuciło mnie możliwe odcięcie od trybu życia do jakiego przywykłam. Szczęście mi jednak sprzyja (odpukać w niemalowane).
Zdrówko całe szczęście dopisuje, wyniki badań są dobre, nie męczą mnie typowe ciążowe objawy i dzięki temu mogę pozostać sobą. Owszem w pierwszym trymestrze chodziłam spać po dobranocce i nawet z eR się poskarżył, że nie ma kiedy ze mną porozmawiać, bo jak wróci z pracy i się ogarnie, to ja się tylko przytulam i zasypiam… Całe szczęście śpiączka nie trwała długo. Nawet w jej trakcie miałam nie jeden wieczór aktywny. Moje najbliższe otoczenie ciepło przyjęło wiadomość o dziecku i poza odrobię większą troską traktują mnie jak dotąd.
Owszem spotkania towarzyskie zmieniły nieco charakter, ale za to również jestem wdzięczna przyjaciołom. To, że w pubie zamawiamy stolik dla nie palących, że zamiast na pogadanki przy winie umawiamy się na kawkę, czy w końcu to, że poza zainteresowaniem moim stanem, interesujemy się też sprawami każdego kto chce się nimi dzielić, to jest bardzo budujące.  Mój brzuszek, choć dla mnie jest bardzo ważny, nie przesłania mi świata. Po prostu stał się jego częścią. Teraz, gdy mam więcej energii i siły, w końcu to już 2 trymestr jeszcze chętniej spędzam czas w gronie rodziny i znajomych. Wiem, że gdy pojawi się maleństwo nie będzie już na to czasu, w każdym razie nie w takim wymiarze, zatem cieszę się chwilą.
Życie zawodowe jak na razie nie ucierpiało z powodu mojej ciąży. Mam nadzieję, że utrzymam taki stan i będę mogła pracować jeszcze przez kilka miesięcy. Cieszę się szczególnie tym, że mój brzuszek został ciepło przyjęty również w tym gronie.
Dodatkowo cieszę się drobnymi uprzejmościami na co dzień, tym, że ustąpiono mi miejsca w metrze, zabawną książką o „hodowaniu potwora”podarowaną przez kumpelę, czy pożyczonymi ciuszkami w większym rozmiarze.
Jestem szczęśliwa i mój brzuszek też!
Dziękuję kochane ciocie i kochani wujkowie!


Zmiana perspektywy :)

piątek, 18 maja 2012

Dziecko wody.

Zaglądam na tego mojego bloga co jakiś czas i jakoś nie mogę się zebrać do pisania. eM mnie zachęca, Er też się jakiś czas temu pytał co tak cicho… a ja po prostu chyba musiałam dojrzeć do tego, żeby opowiadać znów o tym co się dzieje we mnie i wokół mnie.

Moja nowa praca, jego nowa praca i dziecko. Takie combo to tylko ja sobie umiem w życiu zafundować. Bo jak nic się nie działo, to nic, a jak już, to na każdym froncie. Trochę mnie to z początku przerażało jak ja ogarnę jednocześnie rewolucję w życiu zawodowym i osobistym, al. Jakoś sobie radzimy.
Wiele rzeczy zaskoczyło mnie w ostatnich miesiącach, nabrałam zupełnie innej perspektywy i uczę się teraz na nowo jak żyć.
Bo to zupełnie co innego być sobie samemu sterem i okrętem, a co innego związać swój los na dobre i złe z drugim człowiekiem… a już kompletnie poważną sprawą jest przyjąć na siebie całkowitą odpowiedzialność za życie nowej istoty, mojego dziecka. Cały czas nie czuję się na to gotowa, ale kolejne tygodnie ciąży mijają bardzo szybko, a ja pomału dorastam do tego wyzwania.
Już teraz boli mnie to, że muszę rezygnować z wielu rzeczy które sprawiały mi przyjemność, jak chociażby butelka dobrego wina zagryziona jakimś ostrym serem dojrzewającym… czy też uziemienie – dosłowne – na lądzie w sezonie żeglarskim 2012. To mnie najbardziej smuci, bo bardzo bym chciała popłynąć chociaż w krótki rejs. Im pogoda jest lepsza, im bliżej lata tym bardziej tęsknię za żaglami, za szumem wody, za łopotem wiatru i zapachem Mazur.
Skoro moje maleństwo zakosztowało już narciarstwa, do dlaczego miałoby nie poczuć kołysania pokładu? Jestem pewna, że będzie zachwycone. Tylko jak przekonać tatę? Oto jest pytanie. Że już o babci nie wspomnę. Jak tak dalej pójdzie to się zbuntujemy chyba, małe i ja, i uciekniemy na jakiś choćby parogodzinny rejs z żeglarską „rodzinką”…
Tak, zdecydowanie o tym myślę od kilku tygodni. Potem będę już grzecznie siedziała na lądzie, ale bez tej odrobiny żagli uschnę chyba.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Ja Tobie i Ty mnie... intymnie...

Mój blog zawsze był miejscem bardzo osobistych wynurzeń. Nie jest to blog tematyczny, nie poświęciłam go żadnej kategorii ani zagadnieniu. Posty jakie na nim zamieszczam są o tym co tu i teraz mi w duszy gra, o tym co mnie złości, co wzrusza, co intryguje, co cieszy. 
Przez jakiś czas panowała tutaj cisza, a to dlatego, że w moim życiu przyszedł czas na kolejną ważną zmianę. Zanim podzielę się tym ze światem musiałam powiadomić o tym tych, z którymi jestem blisko i tych, dla których to ważne.
Będę mamą.
To największe wyzwanie w moim życiu.
To zmieni wszystko.
Ja się zmieniam, zmienia się mój świat, wartości, całe życie.
Zmienia się też moja relacja z ukochanym, który przygotowuje się do roli taty, razem dorastamy, coraz szybciej... 
Przede mną tyle samo pytań co dotychczas odpowiedzi.
Jedno wiem, cieszę się, taką radością jak jeszcze nigdy.
Tyle nowych nieznanych uczuć budzi się we mnie, tyle zagadek.
Najważniejsze jednak jest wciąż to samo.
Miłość.
Miłość to moja siła, źródło, natchnienie.
Kocham i będę kochała coraz mocniej.
Jestem i będę kochana.
Czy w życiu można pragnąć więcej?

czwartek, 29 marca 2012

Kobiece dylemnaty, wiosenne, zimowe, marcowe.

Nie mam się w co ubrać. To okropnie frustrujące, zwłaszcza gdy siedzę przed otwartą szafą pełną ubrań i kompletnie nie wiem co na siebie włożyć. Nie mam nastroju na wyszukany strój, nie mam skarpetki do pary, bluzka jest w praniu, a w rajstopie poszło oczko. To za ciasne po zimie, to workowate, czy jakieś nie teges, a do tamtego nie mam akurat czegoś innego. Są takie dni, że mam ochotę wrócić do łózka i nigdzie się z niego nie ruszać... Nie mam się w co ubrać, kompletnie nie mam humoru i jeszcze ta pogoda!
Pogoda jest jakaś taka pokręcona, że rano jest zimno, a potem gorąco. Wiosenna aura tak się rozkaprysiła, że o poranku obudził mnie deszcz smagający szyby obfitymi strugami, potem pogoda lekko się uspokoiła i z nieba sypną śnieg z deszczem... Gdy wychodziłam do pracy zza ołowianych chmur wyszło słońce, ale wiatr szybko zasłonił je szarawą kotarą. Teraz na błękitnym niebie wiatr przesuwa stada cumulusów.
Oczywiście koniec końców wskoczyłam w jakieś tam ciuchy, ale wybitnie nie czuję się dziś atrakcyjnie. Najchętniej siedziałabym dziś w dresie (chociaż paradoksalnie dresu nie mam) przed telewizorem z czymś pysznym i kalorycznym. Bo nie mam się w co ubrać no :(

wtorek, 27 marca 2012

Chwila oddechu :)

Powoli dociera do mnie to co dzieje się w naszym życiu i muszę przyznać, że ogrom zmian, które wydarzyły się w przeciągu ostatniego miesiąca jest imponujący.
Spadł mi z serca ogromny ciężar i jestem spokojna o naszą przyszłość.
Cieszę się też tym, że tak wiele jeszcze zmian przed nami.
Ciężko mi trzymać to wszystko dla siebie, ale już niebawem będę się mogła pochwalić moim największym życiowym sukcesem...
Zakręcona i szczęśliwa na spokojnie :)